piątek, 3 października 2014

Rozdział 3

-Panie Horan. - Gdy odzyskuję, pozycję pionową, wyciąga w moją stronę swą smukłą dłoń. -Jestem Harry Styles. Nic się panu nie stało? Usiądzie pan? 
Taki młody - i przystojny, cholernie przystojny. Ma na sobie elegancki granatowy garnitur, czarną koszulę i szary krawat. Jest wysoki, ma brązowe, kręcone włosy i błyszczące zielone oczy, których spojrzeniem mierzy mnie uważnie. Dopiero po chwili jestem w stanie odpowiedzieć. 
-Um... prawdę mówiąc...- Jeśli ten facet ma więcej niż trzydzieści lat, to ja jestem tybetańskim mnichem. Oszołomiony wyciągam dłoń i witamy się uściskiem. Gdy nasze palce się stykają, przez moje ciało przebiega dziwny dreszcz. Pośpiesznie cofam rękę. Wyładowania elektryczne i tyle. Mrugam szybko, a ruchy moich powiek dorównują szybkością biciu serca. 
-Pan Horan jest chory, przysłał więc mnie. Mam nadzieję, że to panu nie przeszkadza, panie Styles.
-A pan to...? - ton jego głosu jest ciepły i chyba rozbawiony, choć trudno to ocenić, gdyż wyraz jego twarzy pozostaje niewzruszony. Sprawia wrażenie zainteresowanego, ale przede wszystkim bije z niego uprzejmość. 
-Louis Tomlinson. Studiuję literaturę angielską, razem z Niallem na Uniwersytecie Stanu Waszyngton. 
-Rozumiem - rzuca zwięźle. Wydaje mi się, że przez jego twarz przemknął cień uśmiechu, ale nie mam pewności - Może usiądziemy? - Gestem wskazuje na obitą białą skórą kanapę w kształcie litery L.
Ten gabinet jest stanowczo zbyt duży dla jednej osoby. Naprzeciwko sięgających od podłogi do sufitu okien stoi wielkie nowoczesne biurko z ciemnego drewna, wokół którego spokojnie mogłoby zasiąść sześć osób. Z takiego samego drewna wykonano ławę stojącą obok kanapy. Wszystko inne jest białe: sufit, podłoga i ściany. Na jednej z nich, tej z drzwiami, wisi mozaika niewielkich obrazów. Są śliczne - przedstawiają zwyczajne, zapomniane przedmioty.
-Miejscowy malarz. Tom - Wyjaśnia Styles, kiedy dostrzega, na co patrzę.
-Są piękne. Zwyczajność zmieniają w nadzwyczajność - rzucam zaintrygowany zarówno nim, jak i obrazami. Przekrzywia głowę i przygląda mi się z uwagą.
- W pełni się z panem zgadzam, panie Tomlinson. - odpowiada cicho, a ja z jakiegoś niewytłumaczonego powodu oblewam się rumieńcem  Potrząsam głową i wyjmuję z torby pytania Nialla. Następnie kładę na ławie dyktafon, który oczywiście najpierw trzy razy ląduje na podłodze. Styles nic nie mówi, cierpliwie - nam nadzieję - czekając, gdy tymczasem mnie ogarnia coraz większe zażenowanie. Kiedy zbieram się na odwagę i podnoszę wzrok, dostrzegam, że mnie obserwuje.  Jego jedna ręka leży swobodnie na kolanach, druga zaś podpiera brodę i przesuwa palcem wskazującym po ustach. Chyba próbuje powstrzymać śmiech.
-Przepraszam - bąkam. - Nie jestem do tego przyzwyczajony.
-Ależ proszę się nie śpieszyć, panie Tomlinson.
-Nie będzie panu przeszkadzać, jeśli nagram pańskie odpowiedzi?
-Teraz mnie pan o to pyta ? Po tym, jak zdał pan sobie tyle trudu, aby umieścić na ławie dyktafon?
Rumienie się. Przekomarza się ze mną? Oby. Mrugam, nie wiedząc co powiedzieć, a on się nade mną lituję ponieważ stwierdza:
-Nie będzie mi to przeszkadzać.